niedziela, 31 stycznia 2016

OSIEMDZIESIĄT NA MAKARONIE

Zapewne wielu z Was trafiło tutaj w poszukiwaniu przepisu. Bez obaw, jest on kilkanaście zdań niżej. Średnio co dwa tygodnie wyznaczam sobie cel i organizuję wycieczkę biegową. Z racji tego, że nogi już się lekko rozhulały, zazwyczaj jest to bieg powyżej 50 kilometrów. Pierwsze plany obejmowały trasę z Bydgoszczy do Grudziądza, ale po pewnym czasie wpadłem na pomysł, by pobiec do  Wituni, gdzie pół roku temu Ryszard Kałaczyński przebiegł 366 maratonów w 366 dni, pobijając tym samym Rekord Guinessa. Nadarzyła się świetna okazja by spotkać się ze znajomymi i przy okazji poznać nową trasę. O godzinie 5:00, wraz z Madzią wybrałem się do Bydgoszczy, gdzie miała zacząć się moja przygoda i kilkugodzinna walka. Pierwsze kilometry pokonywałem w ciemności i dopóki biegłem oświetlonymi ulicami, wszystko było ok, gdyż ryzyko potrącenia przez samochód było minimalne. Dopiero gdy wybiegłem na pobocze, musiałem uzbroić się w opaski odblaskowe, mrugające światełka i inne gadżety, które sprawiały, że byłem widoczny z daleka. Na szczęście w takich warunkach przyszło mi biegać około 15-20 minut, gdyż przez następne 20 kilometrów rozciągała się ścieżka rowerowa. Gdybym miał opisać krajobraz, warunki atmosferyczne i nieprzewidziane atrakcje, moja opowieść skończyła by się na zdaniu szaro, buro i ponuro.



 Przez cały czas przemieszczałem się pod wiatr, niekiedy miałem wrażenie, że zmienia on kierunek, wraz ze mną i chyba przez to zasuwałem jak kuna po liściach, gdyż mój zegarek niemiłosiernie wskazywał tempo 5:00-5:20/km. Stwierdziłem jednak, że skoro noga się dobrze kręci, hamulec zaciągnę dopiero w Wituni. 


W Wituni same znajome twarze, niesamowici ludzie, czasem mam wrażenie, że z kosmosu, gdy przyglądam się ich wynikom. Co tydzień przyjeżdżają tutaj i biegają w ramach Witunia Weekend Maraton dystans 42 km i 195 metrów. Jeśli ktoś chce potrenować do ultradystansów, albo zaczerpnąć porad od doświadczonych biegaczy, nie znam lepszego miejsca. WITUNIA KUŹNIĄ TALENTÓW !!! Na miejscu spotykam Ryśka, który niewątpliwie jest ikoną biegania długodystansowego. 


Zbiera się ekipa, zjeżdżają się ludzie, a wraz z nimi Kasia i Jacek, którzy postanowili również pobiegać w Zagłębiu Biegowym i jednocześnie dostarczyć mi świeże ubrania, bym mógł pobiec dalej na sucho. 






Czuje się świetnie, mam jeszcze spory zapas energii, w głowie cały czas rozgrywa się mecz: Pobiec 20 km, czy może cały maraton? Po kilku kilometrach, jakby ktoś wyrwał mi wszystkie zapasy sił, pozytywnego myślenia i chyba za sprawą złej pogody ( silny wiatr, deszcz ) zaczęła się walka. Pierwsze okrążenie biegnę z Jackiem ( na zdjęciu Jacek ma coś na zębach ;) Objaśniam !!! Jest to czekolada ), ale muszę przez chwilę zebrać myśli, zjeść coś, napić się, gdyż paliwa zaczęło brakować. Wciągam kilka ciastek, popijam colą, sokiem jabłkowym, chwilę rozmawiam z Angeliką, która wleciała się z nami przywitać - lecę dalej. Po drodze mijam Kasię, której też nie jest lekko z racji silnego wiatru ( jak się później okazało, Kasi owiewało buzię i mi wiało w pysk ). Trzecie okrążenie biegnę z Kasią, postanowiliśmy je przegadać, na tyle na ile pozwalał nam wiatr. W trakcie tego okrążenia, zapada też decyzja, że kolejne też biegniemy razem i moja współtowarzyszka biegu pobija swoją życiówkę i po raz pierwszy przebiega 30 km. 




Jest PETARDA ! Dzień bardzo udany !!! Zrobiliśmy wszystko by poczuć się dobrze, by poczuć szczęście. Wyszliśmy z domu pomimo przeciwności losu i pokazaliśmy, że można i trzeba. Niespełna 8 godzin świetnej zabawy i uśmiechu, który nie schodził z twarzy. OK...ale powórcmy do początku, gdyż nie będę na tę okoliczność pisał nowego postu. Przed bieganiem trzeba było coś zjeść, dlatego przyrządziłem sobie ekspresowy makaron,k który spożywałem już od piątkowego przedpołudnia, zabierając go ze sobą do pracy. Jego przygotowanie jest tak proste, że wystarczy kilka zdań, by przepis ubrać w słowa. 


  • ok. 20 pieczarek ( 1/2 opakowania ),
  • śmietanka sojowa ( 200 ml ),
  • 1 cebula, 
  • 2 ząbki czosnku,
  • 1/2 opakowania groszku zielonego ( mrożony - 200 g ),
  • pieprz, sól
  • olej rzepakowy,
  • wegański parmezan ,
  • pomidory,
  • natka pietruszki,
  • makaron pełnoziarnisty ( wybierzcie swój najlepszy).
  1. Groszek gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu.
  2. Cebulę podsmażamy z czosnkiem.
  3. Dorzucamy pieczarki i chwilę smażymy.
  4. Zalewamy wszystko śmietaną, doprawiamy i dorzucamy około 2 łyżek wegańskiego parmezanu. Chwilę dusimy.
  5. Dorzucamy ugotowany groszek, posiekaną natkę pietruszki i możemy podawać do spożycia w towarzystwie makaronu.

Nie potrzebujemy talerza pełnego mięsa, lub ociekającej tłuszczem golonki by dostarczyć organizmowi wystarczającą ilość paliwa, na pokonanie dystansu z jakim przyszło mi się zmagać w sobotę. Nie uważam, że na schabowym moja moc byłaby mniejsza, ale po co wcinać schabowego, skoro nie muszę ??? :) Dobry wieczór !!!


3 komentarze:

  1. Az mi się wierzyć nie chce..80?!?! Ciekawi mnie czy biegłeś cały czas, czy były momenty marszu no i jak często jakiś postój?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsze 50 km biegłem nieprzerwanie w tempie 5:00 - 5:20/km. Dopiero gdy dobiegłem do Wituni, przemaszerowałem kilkanaście metrów, co później odbiło się na tempie ;)

      Usuń
    2. czytam i czytam i wlasnie skonczylam.przeczytalam caly blog od deski do deski. niesamowity jestes. zarazasz bardzo pozytywnie, mam ochote wstac z fotela i pobiec. ja tez biegam ale dla mnie na chwile obecna 10K to max i jeszcze robie to z sercem na rece.czasami mam wrazenie ze zaraz umre a Ty biegniesz i sie usmiechasz??? O matko!niesamowity czlowiek z Ciebie, mam nadzieje, ze kiedys bedzie nam dane pobiegac razem...a poki co trenuje przed trasa CCH - Grudziadz:-) pozdrawiam bardzo z bardzo deszczowej krainy UK :-)

      Usuń