środa, 18 stycznia 2017

CIASTO BANANOWE Z CHIA PRZEKŁADANE KREMEM DAKTYLOWO - ORZECHOWYM

Od chwili kiedy moja lewa noga złapała kontakt z podłogą, wiedziałem że coś jest nie tak. Czułem się jakby we śnie ktoś mnie naładował negatywną energią, a ta próbuje się teraz wydostać rozrywając mnie od środka. Czynności, które zazwyczaj wykonywałem z przyjemnością, teraz zdawały się być wyzute z emocjonalnego uniesienia i przychodziły z trudem. Nawet jedząc śniadanie, miałem wrażenie, że przeżuwam stary karton po obuwiu biegowym. To nie było przyjemne. Myślałem, że może wczesna pora uderzyła w mój nastrój pozbawiając go uśmiechu, ale w ciągu dnia nie było lepiej. W pracy snułem się pomiędzy wskazówkami zegara, które nie chciały się spieszyć jak zwykle. Zdawały się tak samo jak ja, być zaplątane w bezimienne myśli, grasujące w mojej głowie i przesuwały się mozolnie jak łyżka w bigosie. Mój stan był na tyle poważny, że nie starałem się odgadnąć, co mi dolega. Przez cały dzień poddawałem się tym torturom i z miną cierpiętnika połykałem każdą gorzką minutę dnia. Przełom nastąpił, po powrocie do domu, gdy zerknąłem na blat kuchenny, na którym leżały słonecznie rozpromienione banany, a obok nich nie wiedzieć dlaczego, rozsypane orzechy ziemne. Dostałem olśnienia, jakby mi ktoś ostro przywalił łopatą w potylicę. Przecież przerabiałem już ten stan i znałem go bardzo dobrze. To tęsknota zawładnęła mym ciałem. Tęsknota za czymś słodkim.

wtorek, 17 stycznia 2017

MAKARON Z BIAŁEJ RZODKWI Z SOSEM PAPRYKOWYM

Wiedząc, że jutro mam dłuższe wybieganie, miałem świadomość tego, że muszę wcisnąć w siebie coś, co zapewni mi energii na zaplanowane 50 kilometrów. Wiedziałem też, że za jednym zamachem muszę przygotować coś, co będzie odpowiednie dla moich dziewczyn, które niekoniecznie będą chciały w siebie wciskać tonę węglowodanów. Gdy tak snułem się pomiędzy pomysłami w głowie, natrafiłem na rzodkiew, która już kiedyś sprawdziła się jako makaron. Teraz pozostało tylko wykombinować do niej jakiś dodatek, który swą intensywnością ożywi smak potrawy. Stanąłem przy blacie kuchennym i w skupieniu zacząłem przyglądać się skrzynce z warzywami. Na wierzchu leżały rozleniwione marchewki, które choć wyglądały kusząco, jakoś do mnie nie przemawiały. Spod marchewek wychylał się jakby przygnieciony ciężarem pomarańczowych koleżanek, zmęczony por. Nie wiem jak długo był tak molestowany, ale nie wyglądał zbyt dobrze. Zdawałem sobie sprawę, że stojąc w miejscu jak nieśmiały gimbus na disco, niewiele wskóram, dlatego zanurzyłem dłonie w warzywnej otchłani. Szperałem, gmerałem, co jakiś czas natrafiając na znajome i ulubione przeze mnie kształty. Po chwili na blacie kuchennym radośnie podskakiwała moja ulubiona płacząca para-Cebula i Czosnek, a zaraz za nimi wyskoczyła jeszcze bardziej krzykliwa Papryka. Nie potrzebowałem już więcej podpowiedzi. Ten widok zamieszał w mej głowie jak Zenek Martyniuk nowym hitem. Instynktownie zaszalałem.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

FASOLA JAŚ W POMIDORACH Z WĘDZONĄ ŚLIWKĄ

Janka poznałem w czasach kiedy moją pasją było zbieranie puszek po napojach i kolekcjonowanie historyjek wyszarpniętych z gumy Donald. Spotykaliśmy się czasem w moim rodzinnym domu przy obiedzie, ale po każdej jego wizycie byłem dziwnie niespokojny. Nigdy mnie to specjalnie nie zastanawiało, dlaczego akurat przy nim czyje taki dyskomfort, dlatego nie unikałem z nim spotkań. Z czasem gdy wyprowadziłem się z domu, częstotliwość naszych spotkań uległa drastycznemu spadkowi, a wraz z nią zapomniałem o nadętym gościu. Czasem widywaliśmy się w przelocie, ale nigdy nie wdawaliśmy się w dłuższe dyskusje, by nie powracać do obrazków z dzieciństwa. Po pewnym czasie, gdy puszki z napisem River Orange zostały wyparte przez buty biegowe, zacząłem tęsknić za starym kamratem, a o niedogodnościach z nim związanych zapomniałem, jak o stercie papierowych historyjek. Zacząłem go zapraszać do naszego domu i tak jak za dawnych lat, pomrukując spożywaliśmy posiłek. Zauważyłem, że dyskomfort, o którym wspominałem wcześniej minął. Mój przyjaciel zmienił swoje zachowanie, gdyż zazwyczaj przy obiedzie towarzyszył nam Pan Kminek, który znany jest z utrzymywania dobrego smaku i kontrolingu dobrych manier. Minęły już czasy rozstań i nadętych akcji. Fasola Jaś zamieszkał z nami na stałe.

piątek, 13 stycznia 2017

ZUPA Z SOCZEWICY I BATATA

Od progu już słyszałem, że w domu decybele harcują na nieco wyższym niż zwykle poziomie. W sumie nie powinny mnie dziwić dobiegające dziwne odgłosy, gdyż prawie każdego dnia w kuchni dudni jak w wiejskiej remizie podczas ludowej potańcówki. Prowadzony strumieniem dźwięku dotarłem do pomieszczenia, gdzie w centralnym jej punkcie stał mistrz ceremonii. Wymachiwał rękami jak Adam Sztaba przed swą orkiestrą i rozdzielał zadania, zgromadzonej wokół niego warzywnej gawiedzi. Postanowiłem stanąć z boku i przez chwilę obserwować ten niewiarygodnie komiczny obrazek. Ruchy dyrygenta zaczęły przybierać na tempie, a towarzystwo zaczęło biegać, jakby ktoś ich polewał ukropem. Wiedziałem, że kroi się coś grubszego i dziś będzie gorąco. Zastanawiałem się do czego doprowadzi to zgromadzenie, przeradzające się w chaos. Próbowałem wykoncypować, kto po za nadal sterczącym wodzirejem, będzie uczestniczył w tym festiwalu rozpusty. Postanowiłem przechwycić przelatującego obok mnie gościa, ostro zalatującego czosnkiem i spytałem, o co w tym całym bałaganie chodzi. Odpowiedź ścięła mnie z nóg, a usta otworzyły się szeroko, układając się w owalny kształt. Przez chwilę wyglądałem jak gumowa lalka zakupiona w sklepie dla dorosłych. Okazało się, że wcześniej wspominany jegomość zwany Batatem, umówił się na randkę z niejaką Soczewicą, a biegający po mieszkaniu warzywny tłum, pomaga mu przygotować podłoże randki. Świat się kończy !

wtorek, 10 stycznia 2017

CHLEB BEZ MĄKI

Dziś chciałem napisać post inny niż zwykle, wymieniając każdy ze składników wypieku i opisując go z encyklopedyczną dokładnością. Zasiadłem przed komputerem, położyłem palce na klawiaturze i zastygłem. Tak jak w chwilach niemocy, moją głowę wypełnia pustka, tak teraz poczułem, że osiągnąłem jej dno i zaczynam w nie pukać od spodu. Na monitorze nie pojawiało się nic, po za natrętną muchą, która jakby wiedziała, że nie radzę sobie z pisaniem i postanowiła wprowadzić ruch na białej płaszczyźnie. Moja głowa pracowała na najwyższych obrotach, by poprzez ruch dłoni wycedzić choćby jedno mądre słowo powiązane z tematyką posta. Panował totalny bezruch. Przez myśl nawet mi przeszło, by zacytować któregoś z dietetyków, biorąc jego słowa w cudzysłów, ale szybko się otrząsnąłem. Wyobraziłem sobie ciąg mądrych słów zalewających ten post i po ułożeniu tego w całość, pasowało mi to jak kasownik biletowy do kelnera. Wybaczcie, ale tym razem będzie tak samo. Nie pojawią się żadne zmiany, które mogłyby zadowolić żądnych fachowej wiedzy czytelników. Nie znam się na tym. Przez chwilę chciałem być normalny. Nie udało się. To były najgorsze dwie minuty mojego życia.



  • 400 g płatków orkiszowych MELVIT,
  • 150 g konopi z lnem MELVIT,
  • 3 łyżki płatków migdałowych,
  • 4 łyżki słonecznika,
  • 50 g otrąb żytnich,
  • 3 łyżki sezamu,
  • 2 łyżki siemienia lnianego,
  • 1 łyżeczka soli,
  • 2 łyżki cukru trzcinowego lub ksylitolu,
  • 2 i 1/2 szklanki ciepłej wody,


  1. Mielimy siemię lniane i dodajemy do reszty suchych składników. Wszystko dokładnie mieszamy. 
  2. Dodajemy wodę i ponownie mieszamy.
  3. Ciasto przekładamy do keksówki (30 cm) wyłożonej papierem. Dokładnie rozprowadzamy, tak by miało zwartą formę. 
  4. Pieczemy przez 45 minut w temperaturze 200 stopni. 
  5. Po wyłączeniu piekarnika, chleb wyciągamy z niego po 10 minutach. 
  6. Po wyciągnięciu wysuwamy chleb z foremki i przewracamy go spodem do góry by mógł swobodnie odparować.

Wszystkim ciekawskim podpowiadam, że nie mam podpisanej umowy sponsorskiej z firmą MELVIT. Niemniej jednak moje zainteresowanie wzbudziły produkty tej firmy, z których jak widać można zaserwować całkiem przyjemne potrawy. Ten chleb stał się HITEM w naszym domu. Życzę udanego i miłego dnia. Smacznego :)

ZAPIEKANKA BROKUŁOWA

Siedział przy stole już kilkanaście godzin i nic nie wskazywało na to, by zamierzał się ruszyć. Przychodził codziennie i za każdym razem ubrany był w to samo, a z każdym upływającym dniem wyglądał coraz mizerniej. Zawsze siadał samotnie przy stoliku, który wydawał się być bardziej skryty niż on i skinieniem ręki zamawiał kolejkę za kolejką. Gdyby ktoś przewijał się przez lokal sporadycznie, mógłby pomyśleć, że jegomość jest stałym elementem krajobrazu barowego. Wiele razy starałem się go rozgryźć, prześwietlić go bez wymiany zdań, ale on jakby był schowany za tarczą. Jego głowa pofałdowana od natłoku szalejących w niej myśli, wyglądała jakby miała za chwilę eksplodować. Dziś wyglądał wyjątkowo mizernie, jakby go ktoś przeciągnął bez rezultatu przez całe miasto w poszukiwaniu szczęścia. Sumienie nie pozwalało mi go tak zostawić, więc podszedłem i poklepałem go po ramieniu. Spojrzał na mnie smutnym, spragnionym ciepła wzrokiem, ładując w mą głowę milion inspirujących myśli i trzy tony motywacji. Natchniony w jednej sekundzie pożałowałem, że nie zaczepiłem go pierwszego dnia. Cieszyłem się jednak, że dziś zdecydowałem się na ten krok i wróciłem do domu z lekko zmęczonym brokułem.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

BROWNIE Z PŁATKÓW ORKISZOWYCH

Przychodzi czasem taki dzień, że zasiadam przed komputerem i wpatruje się bez pomysłu w monitor, na którym co jakiś czas pojawiają się zdania, by po chwili zniknąć. Nie będę zrzucał winy na poniedziałek, gdyż nigdy jakoś nie pałałem do niego wielką nienawiścią. Bardziej od pierwszego dnia tygodnia, wkurza mnie niedziela i twarz Oliviera Janiaka, który w programie "Co za tydzień" buszuje w kuluarach wielkiego świata. Nie mogę tego ogarnąć i strawić. Tak jakby mi ktoś wpychał w usta spleśniały kawałek chleba. To jest dopiero miazga, która sygnalizuje koniec laby. Poniedziałek jest spoko, należy go przyjąć na klatę i gdy już się rozpoczyna, radośnie witam go z przytupem.
Post nie będzie jednak o dyrdymałach powiązanych z dniami tygodnia, ani też nie wspomnę o tym, że zaatakowała mnie pietruszka, czy inna cukinia. Dziś bez budowania napięcia i zbędnych wodotrysków, chciałbym opowiedzieć o tym, jak stałem się posiadaczem murzynka, którego teraz podobno trzeba nazywać brownie. Nie byłoby w nim nic dziwnego, gdybym wykonał go ze zwykłej mąki pszennej, która jest mi bardzo bliska, ale postanowiłem użyć w końcu płatki orkiszowe, zalegające na dnie szuflady. Choć moją głowę gwałciła myśl, że nic z tego nie wyjdzie, cały czas miałem nadzieję. Ta podobno umiera ostatnia. W tym przypadku nadzieja wytrwała do końca, a w jej największym rozkwicie pojawił się wcześniej wspominany brązowy wypiek.

piątek, 6 stycznia 2017

AWARYJNY CHLEB Z ZIOŁAMI, SUSZONYMI POMIDORAMI I OLIWKAMI

Wra­ca­łem do domu po kilku dniach nie­obec­no­ści i cie­szy­łem się jak dziecko, że w końcu będę mógł zoba­czyć bli­skie mi osoby. Choć czas spę­dzi­łem na bie­ga­niu w cięż­kich warun­kach, wie­dzia­łem że praw­dziwe szczę­ście zosta­wi­łem w domu i to w nim będę potra­fił się w pełni wyci­szyć. Mija­łem kolejne mia­sta, wsie i pokryte bia­łym puchem pola. Spo­glą­da­jąc na śnieżny kra­jo­braz spo­wity sza­ro­ściami zbli­ża­ją­cego się wie­czora, odczu­wa­łem nie­wia­ry­godny spo­kój. Było cicho i niebywale beztrosko. Taka sie­lanka jed­nak nie może trwać wiecz­nie. W mym pokrę­co­nym jak loki Andie MacDo­well życiu, zawsze musi wyda­rzyć się coś, co jed­nym tąp­nię­ciem zbu­rzy har­mo­nię. Gdy byłem w poło­wie drogi otrzy­ma­łem infor­ma­cję, że w naszym skle­pie osie­dlo­wym zabra­kło chleba. Nie ukry­wam, że w pierw­szej chwili wpa­dłem w panikę i już widzia­łem sie­bie buszu­ją­cego po wszyst­kich dys­kon­tach, w poszu­ki­wa­niu wąt­pli­wej jako­ści pie­czywa. Tak jak przed chwilą byłem rado­śnie spo­kojny, tak teraz mio­ta­łem się na fotelu pasa­żera szu­ka­jąc w gło­wie roz­wią­za­nia. Po kil­ku­mi­nu­to­wej, wiru­tal­nej podróży uli­ca­mi naszego mia­sta, nie podno­sząc dłoni, spo­licz­ko­wa­łem się w myśle­niu. Przy­po­mnia­łem sobie o począt­kach swo­jej przy­gody z kuch­nią roślinną, kiedy wypie­kłem pierw­szy chleb. Sta­łem się wtedy samo­zwań­czym pie­ka­rzem i w dniu dzi­siej­szym posta­no­wi­łem ten tytuł odświe­żyć.