niedziela, 25 września 2016

CIASTO DYNIOWE Z GRUSZKĄ, BEZ PIECZENIA

W trakcie sobotnich warsztatów, obiecałem jednej z uczestniczek, że w poniedziałek zaprezentuje jakieś danie z dynią. Opętany przez przeziębienie, które męczyło mnie od kilku dni, chciałem iść na skróty i machnąć kompot dyniowy, który będzie podróżą do smaków z domu rodzinnego. Plan się jednak nie powiódł i pierwotne założenie, trafiło do poczekalni, gdzie będzie musiało ustawić się w kolejce, za ambitniejszymi pomysłami. Siłą rzeczy, coś trzeba było zrobić z pękatą Koleżanką, która nadmuchana jak balon przybierała rozmiary Okrąglaka w Poznaniu. Choć obok niej też leżała ogromna Cukinia i wypolerowany jak lakierki komunijne Bakłażan, to właśnie ta pomarańczowa kula wybijała się na pierwszy plan. Mogłem uderzyć w klasyczny model Pumpkin Pie, ale to już było i  co najwyżej mogę odgrzać post w natłoku pracy, ale nie wykonywać ponownie, gdy głowa ocieka pomysłami. Po szybkim rekonesansie koszykowo - lodówkowym, dzięki zasobom zgromadzonym przez cały tydzień, do głowy wleciał pomysł i jak huragan zaczął podrywać myśli. Zabrałem się do pracy i wraz z Dynią, z kosza poderwała się pękata dama, o gruszkowatej budowie ciała. Dziwnie się uśmiechała i napierała na mnie jak akwizytor na klamkę. Broniłem się, odpychałem, ale dałem się wciągnąć w przelotny, kilkusekundowy romans. Zanim się zorientowałem, o co w tym wszystkim chodzi, do lodówki wstawiałem ciasto, w której pływała Gruszka o imieniu Konferencja. 

poniedziałek, 19 września 2016

BUŁKA Z PIECZARKAMI I SEREM

Plan był prawie, że doskonały i nie podejrzewałem, że coś może nie wypalić. Z pracy do domu jak zwykle zasuwałem jak na ostatnich metrach biegu o pietruszkę, by zdążyć z fotami potrawy przed zachodem słońca. By zaoszczędzić czas, niedzielne popołudnie spędziłem na smażeniu pieczarek, które już błagały by coś z nimi zrobić, gdyż bezczynnie leżały kilka dni w lodówce. Jedyne co musiałem zrobić, to zakupić drożdże, potrzebne do wypieczenia przepysznych bułek z kaszą jaglaną. Pozornie łatwa czynność i myślę, że produkt też nie należy do zbyt wyszukanych, dlatego bez obaw tę sprawę zostawiłem na poniedziałkowe popołudnie. Nie podejrzewałem, że plan będzie tak skomplikowany, wymagający użycia substytutu. Na pewniaka wpadam do pierwszego sklepu, proszę o kostkę drożdży i tu zaczyna się problem. Pani oznajmia, że musi mnie zmartwić, że drożdży nie ma. Myślę sobie, nie ma wielkiego żalu, gdyż parę metrów jest kolejny sklep, w którym zapewne dostanę upragniony przeze mnie produkt. Wlatuję do kolejnego punktu spożywczego, z równie intensywną pewnością i co słyszę? Niestety proszę Pana, drożdży nie ma. W tym momencie zaczyna się nerwówka, światło powoli zanika, zdjęcia będą mizerne. Kilkaset metrów dalej są kolejne sklepy, więc przyspieszonym krokiem lecę z nadzieją na zakup magicznej kostki. Odwiedzam trzeci sklep, czwarty i co? Niewiarygodne, w żadnym sklepie nie ma drożdży. Czyżby ktoś odkrył mój plan i postanowił mi go pokrzyżować? Muszę ratować sytuację i zmierzam do piekarni, posiłkując się nie do końca spełniającym moje wymagania, produktem. Kupiłem buły, upchałem w nie pieczarki, ser, ale Wam przypomnę przepis na rewelacyjne buły jaglane, które zdecydowanie przebijają wszystkie inne. 

niedziela, 18 września 2016

SAŁATKA ZIEMNIACZANA Z ORZECHOWĄ ŚMIETANĄ

W rytmie głośnej muzyki staram się odszukać na stole, czegoś co zaspokoi mój głód, który od kilku godzin przewraca mój żołądek na lewą stronę. Większość gości na imprezie, nie zwraca uwagi na to czym zaspokoją swoje kulinarne pragnienie i wciskają w siebie kolejne kotlety, golonki i inne potrawy, które są dla mnie nie do przyjęcia. Z uporem maniaka, podróżuje po stole, z nadzieją że spotkam choćby jeden dekoracyjny liść sałaty, którego spożycie będę celebrował, jak danie z pięciogwiazdkowej restauracji. Powoli zaczynam tracić nadzieję, a chęć spożycia czegokolwiek, co nie ocieka tłuszczem, maluje na mojej twarzy dziwne, mimiczne bohomazy. W oddali dostrzegam pękaty półmisek, który pomimo późnej pory, nie świeci pustkami, a jego zawartość wygląda nieprzyzwoicie apetycznie. Wypełniony nadzieją, powolnym krokiem zmierzam do miejsca, gdzie być może skończy się moja gehenna. Gdy dzielą nas może dwa kroki, widzę że sałatka ziemniaczana, która dumnie stała na środku stołu, nie jest klasykiem ociekającym majonezem. Oczy wypełniły się łzami szczęścia, gdy zobaczyłem przy potrawie mały bilecik informujący o składzie potrawy. Za cholerę nie wiedziałem skąd się tam wziął, ale też nie zamierzałem w to wnikać, gdyż w obawie przed głodnym tłumem, który właśnie wracał z parkietu, zacząłem opróżniać półmisek. Choć znam kilka wersji zdrowego majonezu, wersja z orzechową śmietaną, w rytmie skocznej muzyki, podbiła moje serce. 

czwartek, 15 września 2016

MAKARON ZAPIEKANY Z KALAFIOREM

Wiele osób przechodzących na weganizm, największy problem ma z odstawieniem żółtego sera. Jegomość, który tak na prawdę wcale nie jest taki smaczny, w płynnej postaci, potrafi zawładnąć kubkami smakowymi i rzucić o glebę. Ciągnący się na kawałku pizzy, potrafi doprowadzić do łez wzruszenia i ślinotoku, którego przełykanie wiąże się z rozwinięciem infrastruktury odpływowej. Jak sobie z tym poradzić? Jak zapewnić sobie ten sam smak, podobną konsystencję, porównywalnie silne wrażenia? W zeszłym roku, zainspirowany postami, które wegańskim serem zalewały internet, postanowiłem spróbować tego wynalazku. Do wykonania użyłem pyry i marchwi, które z niedowierzaniem wrzuciłem do gara, by się zagotowały. Miksując je na gładką masę, zniecierpliwiony, doprawiałem, smakowałem, a moje zaskoczenie rąbało mi czaszkę, gdyż nie dowierzałem. Żółty, gęsty, ciągnący....no i k***? muszę to powiedzieć...to był ser. Początkowo stosowałem go jako dip, maczając w nim warzywa, świeże pieczywo, czy też inne wynalazki. Na mieście jednak szeptali, że idealnie nadaje się do zapiekania. Choć trochę czasu upłynęło od premiery, postanowiłem sprawdzić jak się zachowa, pod wpływem wysokiej temperatury. W tym przypadku, zaskoczenie już nie było szokiem, ale centralnym strzałem w potylicę, który sprawił, że moje czoło odbiło się w okolicy stóp. Choć minęło już kilkanaście godzin od konsumpcji, nadal się zbieram i oplatam głowę kostkami lodu, by zniwelować skutki spotkania z podłogą.


SER:
  • 3 średniej wielkości ziemniaki,
  • 2 średniej wielkości marchewki,
  • 3 łyżki płatków drożdżowych,
  • 1/3 szklanki oleju ryżowego,
  • 2 ząbki czosnku,
  • sól wędzona ,
  • pieprz biały,
  • szczypta papryki wędzonej.
  1. Ziemniaki i marchew obieramy, kroimy w kostkę i gotujemy w tym samym garnku.
  2. Wrzucamy wszystkie składniki do blendera i miksujemy na gładką masę. 

Kolejne potrzebne składniki:
  • mała główka kalafiora,
  • 250 g makaronu penne,
  • pęczek pietruszki,
  • pomidory,
  • przyprawy (papryka,sól,pieprz, chilli).

  1. Kalafior gotujemy w lekko osolonej wodzie. Nie musi być miękki, lepiej gdy efekt będzie zbliżony do al dente. 
  2. Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu, choć z naciskiem na krótszą obróbkę, by nie uzyskać rozgotowanej kluchy. 
  3. Do naczynia żaroodpornego wrzucamy makaron, podzielony na kawałki kalafior, posiekaną pietruszkę, przyprawy do smaku i zalewamy wszystko połową sosu serowego. Mieszamy. 
  4. Rozkładamy zawartość na całej powierzchni i polewamy resztą serowej dobroci.
  5. Na wierzchu układamy plasterki pomidorów. 
  6. Pieczemy przez ok. 15 minut w temperaturze 200 stopni. 
  7. Po wyciągnięciu z piekarnika , posypujemy delikatnie papryką wędzoną, oraz świeżo posiekaną natką pietruszki. 


Po raz kolejny postawienie na minimalizm opłacił się i zapewnił piękny strzał smakowy. Po zrobieniu powyższych zdjęć, nie bawiliśmy się w przekładanie zapiekanki na talerze, w przeciągu kilku minut wciągnęliśmy ją, wyjadając bezpośrednio z naczynia, z niedowierzaniem patrząc jak znika w zawrotnym tempie. Udanego dnia życzę, oraz smacznego :)




środa, 14 września 2016

SEZAMOWA CHAŁWA Z BAKALIAMI I CZEKOLADĄ

Chciałbym się skupić, tylko na gotowaniu i pisaniu książki, ale żeby jakoś godnie przeżyć, muszę zasuwać na etacie 8 godzin i jeszcze dojechać do miejsca pracy, co zajmuje mi około 3 godzin w dwie strony. Gdy wracam do domu, zbliża się godzina 17:00, więc niewiele mam czasu, by coś przygotować i w świetle dziennym, ogarnąć zdjęcia na bloga. Staram się zakupy robić po drodze, albo dzień wcześniej, co raczej średnio mi wychodzi, gdyż plany rodzą się na bieżąco. Nie żebym narzekał i starał się tłumaczyć, ale czasem przychodzą takie chwile, że stojąc przy blacie kuchennym zamiast ryczeć przy krojeniu cebuli, najzwyczajniej zasypiam. Wczoraj potrzebowałem czegoś szybkiego, co zadowoliłoby mnie na każdej płaszczyźnie. Gdy zacząłem przegląd szuflad, wiedziałem że musi być minimalistycznie, smacznie, a czas w którym wykonam potrawę musi być maksymalnie skrócony, żebym nie musiał doświetlać zdjęcia świeczką, czy też innym źródłem światła. Podczas przewalania opakowań z nasionami i ziarnami, pomiędzy palcem wskazującym, a kciukiem przeleciało mi złociste ziarno sezamu. Prędkość z jaką się przesuwało, chyba je trochę przyrumieniła, bo pozostał po nim przepiękny zapach, ryjący w głowie jeden wyraz - CHAŁWA! W wojsku niejednokrotnie ratowała mi życie, gdy stołówkowe żarcie nie dostarczało zbyt wiele słodyczy. W trakcie biegu niejednokrotnie sprawdziła się, jako najlepsze doładowanie baterii, które swym kalorycznym ładunkiem wypełniało zmęczone już mięśnie. Uznałem, że to jest ten moment i już po chwili na patelni rumienił się kopiec, wcześniej wspomnianych złocistych ziaren. 

wtorek, 13 września 2016

IDEALNA ZUPA Z MŁODEJ FASOLI I POMIDORÓW

Koniec wakacji, można spokojnie okrzyknąć, czasem oczopląsu warzywnego i niekontrolowanych, szaleńczych akcji, związanych z wizytą na zielonym rynku. Gdy wchodzisz pomiędzy stragany i skrzynki pełne owoców i warzyw, nie do końca wiesz na czym masz się skupić. Zazwyczaj wybierasz się po pęczek włoszczyzny, kilka owców, ewentualnie jakieś pyry, a gdy docierasz do domu, obwieszony jesteś siatkami jak turecki handlarz kraciastymi torbami z tekstyliami. W jednej chwili starasz się ogarnąć kolorowy horyzont, z przewagą zielonego akcentu i pożerasz wszystko wzorkiem. Chwytasz w dłoń pęczek, soczyście rozłożonego jarmużu, czując już jego smak połączony z czosnkiem i suszonymi pomidorami, ale nie potrafisz się skupić. Zbyt wiele się dzieje. Jeszcze nie zdążysz dobić targu z Panem Józefem, handlującym z Żuka, a tu już u Pani Jadzi z Poloneza wytacza się pękata dynia, na którą patrzenie przywołuje rubaszne wizje, zmierzające przez morze kremowej zupy, do przystani z niesamowicie pysznym ciastem. Cukinie, kabaczki, marchewki, rozpalone słońcem pomidory...cała plejada gwiazd. Biegasz jak szalony i nagle stwierdzasz, że brakuje Ci rąk do dźwigania cienkich reklamówek, które swym ciężarem zaczynają rozcinać palce. Postanawiasz, że to już koniec i zmierzasz do wyjścia z żalem, że już opuszczasz ten boski zakątek. Przy bramie jednak zatrzymuje Cię coś, co sprawia, że postanawiasz dorzucić jeszcze jeden mały element. Nie potrafisz przejść, obok tej skrzynki obojętnie, gdyż kolejna taka okazja może powtórzyć się za rok. Dobijasz targu z bezimiennym Panem i w drodze do domu, rozmyślasz już o rozpływającej się w ustach, pięknej, soczystej, młodej fasoli. 

poniedziałek, 12 września 2016

BLOK CZEKOLADOWY Z CIECIERZYCY

Wracając do domu, jak zwykle rozmyślałem o tym co wrzucić na bloga. Wszystkie tryskające kreatywnością pomysły, lądują w folderze książka, dlatego teraz dokonując selekcji, mam nieco utrudnione zadanie. W weekend tym razem pofolgowałem sobie z wytrawnymi produktami, dlatego wczoraj myśląc o zapchaniu słodkiej dziurki, wokół mojej głowy krążył pomysł na coś słodkiego. Szukałem pomysłów na szybkie ciasto drożdżowe, które uprzyjemni moje popołudnie, ale każda wizualizacja, była czasowo rozciągnięta jak bazarowy t-shirt po pierwszym praniu. Były tez myśli, które parkowały przy temacie muffin, ale te byłby zbyt banalnie proste, a podjęcie kombinacji, również wiązałoby się z większym nakładem czasowym. Oczywiście mógłbym wyskoczyć jak Filip z konopi i przyrządzić sobie najprostszy w świecie owocowy kisiel, dosypując do owoców mąki ziemniaczanej. Potrzebowałem jednak czegoś, co sprawi, że moje kubki smakowe będą krzyczeć z zachwytu, a podniebienie będzie falować w rytmie degustacji. 70 km pokonywane w nieco ponad godzinę w zupełności wystarcza, by dopracować wszystkie szczegóły. Gdy wjeżdżałem do Grudziądza, zniecierpliwiony przebierałem nogami jak stepujący artysta, nie mogąc się już doczekać wejścia do domu. Leciałem na złamanie karku, by po 30 minutach delektować się przepysznie, zmiażdżoną, nafaszerowaną bakaliami ciecierzycą. 


  • 3 szklanki ugotowanej ciecierzycy,
  • 1 szklanka daktyli,
  • 1 szklanka płatków owsianych,
  • 2 łyżki mleka roślinnego,
  • 2 opakowania 100 g gorzkiej czekolady,
  • 1 łyżka kakao,
  • nasiona z jednej laski wanilii,
  • sok z jednej cytryny,
  • garść żurawiny,
  • garść rodzynek,
  • garść orzechów włoskich,
  • szczypta soli,
  • figi.

  1. Jeśli nie namoczyliśmy wcześniej ciecierzycy i nie mamy jej ugotowanej, spokojnie możemy skorzystać z produktu w słoiku, lub puszce.
  2. Daktyle zalewamy na chwile wrzątkiem (wystarczy 10 minut).
  3. Z daktyli odlewamy wodę, po czym miksujemy je z cieciorką na gładką masę. 
  4. Do masy dodajemy płatki owsiane, kakao, rodzynki, żurawinę, orzechy, nasiona wanilii, sok z cytryny,  oraz szczyptę soli i wszystko mieszamy. 
  5. Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej z dodatkiem 2 łyżek mleka roślinnego, poi czym wlewamy ją do masy. Mieszamy. 
  6. Przed wyłożeniem masy na blachę, smakujemy, by nie okazało się, że masa nie ma odpowiedniej słodyczy. Na tym etapie zawsze można dosłodzić ksylitolem, stevią lub nawet cukrem, jeśli komuś to nie przeszkadza. 
  7. Masę przekładamy na blaszkę (25x20) wyłożoną papierem. Na wierzchu układamy pocięte w plastry figi i odstawiamy do zamrażalnika na 20 - 30 minut. 

Torpeda energetyczna przed biegiem, a dobrze zapakowana i zabezpieczona przed słońcem na przepakach, może posłużyć też na zawodach. Po raz kolejny przekonałem się, że ciecierzyca, może stanąć na jednym stopniu podium, wraz z kaszą jaglaną. Ich elastyczność sprawia, że nie mam żadnych problemów z decyzjami na trasie słodki deser - wytrawne danie główne. Życzę samych słodkości, oraz smacznego :)