poniedziałek, 29 sierpnia 2016

CUKINIOWE BROWNIE ZE ŚLIWKĄ

Po szybkim przygotowaniu obiadu, postanowiłem się zrelaksować na kanapie i wraz z kilkoma łykami ciszy postanowiłem pochłonąć obraz chwilowego nieróbstwa. Rozgościłem się na miękkich poduchach i wciskając przycisk "reset", postanowiłem choć na chwilę zawisnąć w próżni. Każda upływająca sekunda, wciskała we mnie spokój i nieprzyzwoicie przyjemne ukojenie, niosąc za sobą spokój. Chciałem trwać w tym stanie jak najdłużej i nieprzerwanie chłonąć każdy przyjemny akcent, przybliżający mnie do cichej ekstazy. Świadomość zostawiłem poza ciałem i odpłynąłem. Nie wiem ile czasu minęło i czy faktycznie zasnąłem, ale nagle usłyszałem przeraźliwy wrzask i odgłosy awantury. Nie chciałem otwierać oczu. Łudziłem się, że to tylko chwilowe zakłócenie spokoju i za chwilę znów będę mógł garściami zbierać sielankę. Bardzo się pomyliłem. Gdy po kilku minutach gwar nie ustawał, postanowiłem sprawdzić kto jest autorem tego zamieszania i złodziejem mojego wyciszenia. Idąc do kuchni, wiedziałem, że zbyt prędko z niej nie wrócę. Taki gwar nie wróżył nic dobrego i zwiastował odpalenie wyżej temperatury, by towarzystwo się uspokoiło. Nie zamierzałem z nikim dyskutować, ani wdawać się w gierki słowne by rozstrzygnąć spór owocowo warzywny. Chwyciłem pod pachę roztrzęsioną Cukinię, zagarnąłem jednym ruchem tryskające złością Śliwki i cisnąłem je do piekarnika, podsypując wszystko mąką i kakao.  Ponownie nastała cisza, a po upływie 30 minut mieszkanie zalała, przepełniona czekoladą słodycz. 


  • 2 szklanki startej na jarzynówce cukinii,
  • 2 szklanki mąki,
  • 1/2 szklanki kakao,
  • 1/2 szklanki cukru trzcinowego, ksylitolu lub innego słodzika,
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia,
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej,
  • nasiona z jednej laski wanilii,
  • 1/2 szklanki oleju kokosowego lub innego,
  • 2 łyżki soku z cytryny,
  • kilka śliwek,
  • 1 czekolada gorzka 100g.

  1. Składniki suche mieszamy ze sobą.
  2. Cukinię mieszamy z olejem, sokiem cytrynowym i dorzucamy do suchych składników.
  3. Składniki mokre dorzucamy do suchych i mieszamy ze sobą.
  4. Do całości dorzucamy drobno posiekaną czekoladę. 
  5. Masę przekładamy do blaszki (25cm x 20cm) wyłożonej papierem do pieczenia.
  6. W ciasto wciskamy połówki śliwek.
  7. Pieczemy przez 30 minut w temperaturze 180 stopni. 

Mocno czekoladowe, rozpływające się w ustach, niosące ukojenie...tyle w temacie 35 minutowego ciasta. Jeśli gdzieś w kącie kuchennym, leży jeszcze niewykorzystana cukinia, śmiało możecie ją przerobić na przepyszne brownie ze śliwką. Życzę udanego wypiekania i smacznego :) 

SOS TATARSKI

Jeśli ktoś myśli, że kuchnia roślinna jest pasmem wyrzeczeń i ograniczeń smakowych, nawet sobie nie zdaje sprawy w jak wielkim jest błędzie. Gdy niespełna 3 lata temu, postanowiłem zrezygnować z produktów odzwierzęcych, bardzo często zastawiałem się co będę jadł. Wokół głowy, natrętnie jak komar, krążyła wizja czerstwego chleba posmarowanego powietrzem i szklanka zielonej wody, która posłużyć miała za popychacz suchej kromki. Każdego dnia uruchamiam wspomnienia, licząc że tęsknota za niektórymi smakami, przywoła twórczą myśl i zapewni uśmiech dookoła głowy w trakcie degustacji. Tym razem oczami wyobraźni sięgnąłem na imprezowy stół, na którym zawsze dumnie prezentował się w honorowym miejscu sos tatarski, zapewniając idealny podkład pod wysokoprocentowe napoje. Nieważne jest, że nie miałem majonezu, nieistotny jest też fakt, że nie miałem na podorędziu śmietany, którą zawsze dodawałem do sosu. Najważniejsze, że w szafce od jakiegoś czasu czekały pieczarki i ogórki skąpane w zalewie octowej. Zabierając się do pracy, wiedziałem, że to będzie strzał w dziesiątkę. Krojąc w drobną kostkę, wszystkie składniki wiedziałem, że jestem coraz bliżej upragnionego smaku. Nie pomyliłem się, sos wjechał efektownie na stół, jak Karol Strasburger z niedzielnym dowcipem. To jest ten smak ! 


  • 1 szklanka nerkowców,
  • 2 łyżeczki musztardy stołowej,
  • słoik pieczarek marynowanych (170 g),
  • 6 ogórków konserwowych,
  • pieprz, sól.
  • sól kala namak.


  1. Nerkowce zalewamy gorącą wodą i odstawiamy na około 30 minut.
  2. Ogórki i pieczarki kroimy w bardzo drobną kostkę. 
  3. Orzechy wrzucamy do kielicha blendera i wlewamy wodę, tak by zakryła zawartość blendera. Miksujemy na gładką masę. W trakcie miksowania dodajemy sok z cytryny, sól i dolewamy stopniowo wodę by uzyskać konsystencję lekko płynnej śmietany. 
  4. Do pokrojonych pieczarek i ogórków, dodajemy śmietanę i doprawiamy pieprzem i solą. 

Powyższy sos, towarzyszył nam w trakcie sobotniego grillowania. Idealnie sprawdził się jako dodatek do podpieczonych na ruszcie warzyw i marynowanego tofu. Następnym razem postaram się zrobić wegańskie jajka, by jeszcze bardziej przybliżyć wizję PRL - owskiej zagrychy. Życzę udanego dnia, oraz smacznego :) 

środa, 24 sierpnia 2016

JAGLANO - FASOLOWE KIEŁBASKI CURRY

Kilka lat temu, będąc w Berlinie, przy okazji startu w maratonie, miałem okazję spróbować lokalnego specjału, nazywanego Curry Wurst. Pomijając fakt, że smak nie rzucił mnie na kolana, to na domiar złego kiełbasa była tak ohydna, że nie dało się tego zjeść. Chcąc jednak wcisnąć przyprawę do kiełbasy, rzuciłem sobie wyzwanie i podjąłem kolejną próbę masarską. Niespełna rok temu, po raz pierwszy postanowiłem wykonać nieco intrygujący i kontrowersyjny krok, którego pokłosiem była pomidorowo-paprykowa kiełbasa. Liczę się z tym, że tak jak wtedy, tak i tym razem odezwą się głosy nasączone krzykiem nienawiści, mało konstruktywne komentarze będę odsyłał do miejsca, gdzie kończą się plecy. Bogatszy o kilka prawd i prowadzony, niewątpliwie większym doświadczeniem, pod koniec sezonu grillowego przystąpiłem do wykonania wyrobu wędliniarskiego. Z tego co pamiętam poprzednio lawirowałem pomiędzy przyprawami i byłem na pograniczu przekombinowania. Tym razem górę wziął minimalizm i efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Wykonanie i proces twórczy, nie wykazują znamion komplikacji, dlatego każdy kto jest ciekawy tego smaku, spokojnie może przystąpić do czytania i realizacji tego przepisu. 


wtorek, 23 sierpnia 2016

MARCHEWKOWE CIASTO RECYKLINGOWE

Minęło już kilka lat od momentu, kiedy po raz pierwszy jadłem ciasto marchewkowe, u mojej przyjaciółki przed maratonem. Gdy usłyszałem, że do ciasta wpychana jest marchew, moja twarz wyglądała jakbym usta zalał sokiem cytrynowym, a oczy miałem jak dorodny, lekko rozgotowany agrest. Miałem świadomość, że marchew jest słodka, ale w tamtym momencie warzywny akcent w deserze, sprawiał że moje kubki lekko zmieszane nie wiedziały jak się zachować i nieśmiało oczekiwały degustacji. Pamiętam, że ciasto było niesamowicie pyszne, a ja ogarnięty szokiem wciągałem kolejne kawałki, nie zważając na ilość pochłoniętych kalorii. W tamtej chwili, nawet przez myśl mi nie przeszło, że kilka lat później, sam będę ładował do ciasta ekstremalne składniki i będę się przy tym świetnie bawił. Do ciasta marchewkowego zazwyczaj używałem marchewki, która w bliższym kontakcie z jarzynówką, jakaś była dziwnie roztrzęsiona. Tym razem postanowiłem wykorzystać, to co wielu ludzi wyrzuca, sądząc że to odpad i do niczego się nie nadaje. Robiąc kolejny sok, patrzyłem na wydobywającą się z wyciskarki pulpę, która z każdym centymetrem przybywania rozświetlała moją głowę, rzucając w nią wizją ciasta. Chcąc wyciągnąć jak najwięcej smaku z jeszcze nieplanowanego ciasta, do pracy zaciągnąłem kilka jabłek, oraz skrawek imbiru, który jak zwykle, ze stoickim spokojem, czekał na swą kolej. Nie do końca wiedziałem, czy ta improwizacja przyniesie jakiś efekt, ale postawiłem wszystko na jedną kartę. Opłaciło się. 

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

KURKI W SOSIE ŚMIETANOWO - CYDROWYM

Scenariusz życia jest tak pokręcony i złośliwie poukładany, że gdy czegoś szukasz z uporem maniaka, z reguły tego nie znajdujesz i musisz zmieniać swoje wcześniejsze założenia. Ostatnio wspominałem o akcji poszukiwawczej Kurek, które rozeszły się w ciągu dnia jak T-shirt kupiony na targowisku od tureckiego handlarza, zmuszając mnie do zmiany koncepcji obiadowej. Gdy w zeszłym tygodniu, jak to codziennie bywa, wybrałem się na zakupy w celu poszukiwań produktów, zajrzałem w miejsce, które ostatnio pominąłem. Nie wiem czy moja determinacja poszukiwawcza rzuciła czar na moją ocenę sytuacji, ale ten sklep najzwyczajniej w świecie wykluczyłem . W jakimkolwiek dyskoncie bym się nie pojawił i choćbym przyszedł po zestaw odświeżaczy, moja głowa zawsze mnie pcha na dział warzywny. Tym razem nie było inaczej i choć moja wędrowały już  po półce z mąkami, nogi i ręce zaciągnęły mnie do  nieprzyzwoicie pięknie porozkładanych warzyw i owoców. Chodziłem pomiędzy skrzynkami, co jakiś czas dotykając marchewek, jednocześnie wzrokiem pochłaniając soczyste krągłości winogrona. W bliskim kontakcie z nimi już roztaczałem wizję sałatek, kotletów i innych kulinarnie zakręconych potraw. Uwielbiam gdy wokół mnie jest mnóstwo świeżych produktów, które rzeźbią w mojej głowie nowe pomysły, koncepcję. Czuje jak rozpływam się w morzu kulinarnej kreatywności. W pewnym momencie, na oddalonej o kilka metrów półce, mignął mi złocisty, znajomy kolor. Nogi się pode mną ugięły, a serce zaczęło uderzać jak Lars Ulrich w swoje bębny. Choć moja wizja odnośnie tego grzyba została zrealizowana z udziałem Pieczarki, musiałem go mieć i zarządzić kolejne podejście do obiadu. No Kurka...musiałem ;)

niedziela, 21 sierpnia 2016

KOTLETY Z JAGLANKI I KISZONEJ KAPUSTY W SOSIE GRZYBOWYM

Siedzę od kilkunastu minut i próbuję wyrzeźbić tekst, który będzie krążył wokół klopsa z kiszoną kapustą i kaszą jaglaną. Nie wiem, czy brak skupienia i ogarniająca mnie dekoncentracja, to pokłosie intensywnego weekendu, czy to może dzisiejsza pogoda miażdży moje rozsypane w głowie pomysły. Nie będę na siłę wyciskał historii, które nie będą się trzymały kupy, a ich składnia będzie roztrzęsiona jak imprezowicz gdy uświadomi sobie, że skończyła się ostatnia flaszka. Chcąc jak najszybciej się podzielić swoim niedzielnym obiadem, w tempie normalnego nieprzemyślanego słowotoku, opowiem jak serwując klopsa/kotleta przywołałem piękne chwile. Zanim jednak, zacznę rozpisywać się w temacie potrzebnych składników, serdecznie chcę podziękować Koleżance "Bronce", która natchnęła mnie do tego dania. Co prawda nie do końca się zrozumieliśmy, ale najważniejsze, że pomysł został wcielony w życie. Dzięki temu pomysłowi, wybrałem się do lasu za miasto i przez 30 minut mogłem kontemplować na łonie natury, co jakiś czas schylając się po składniki potrzebne do obiadu. Raz jeszcze dziękuję "Bronia" !!! ;)

sobota, 20 sierpnia 2016

WANILIOWY TOFURNIK Z BRZOSKWINIAMI I CZEKOLADOWĄ POLEWĄ AMARETTO

Wykorzystując akompaniament, który zapewniają mi malkontenci i przeciwnicy kostki sojowej, nazywanej tofu, postanowiłem uprzyjemnić sobie weekend i rozpocząć go słodkim strzałem. Zanim jednak przejdę do przepisu, opiszę krótko moją przygodę z tym sojowym produktem, na którego ostatnimi czasy jest spora nagonka. Szczerze przyznam, że dopóki w moim menu nie zagościły potrawy stricte roślinne, nie miałem pojęcia co to jest, a dziwnie brzmiąca nazwa choć obijała się o ucho, raczej nie zachęcała do zakupu. Eksperymenty rozpoczęły się gdy ciekawość zaprowadziła mnie do sklepu z eko żywnością i prowadzony ciekawością, postanowiłem sprawdzić czym jest ten przypominający twaróg, produkt. Nie byłbym sobą gdybym, przed przystąpieniem do obróbki nie spróbował swego nabytku. Muszę przyznać szczerze, że byłem w ogromnym, nasączonym negatywem, szoku. Zastanawiałem się jak można to jeść i co smacznego można z  tego przyrządzić. Nie słyszałem jeszcze wtedy o tofurnikach, tofucznicach czy innych kombinacjach, a w moich ustach szalał tylko ten kartonowy dziwny smak. Nie poddałem się i zacząłem pogłębiać swoją wiedzę, szukając neutralizatora papierowego posmaku. Cytryna świetnie sprawdza się w tej kwestii. Szykując marynatę, czy krem do ciasta, zawsze używam soku cytrynowego, który wydaje mi się odgrywa tutaj kluczową rolę. Jeśli chcecie sprawić by tofu przyrządzane na obiad miało ciekawy smak, zapewnijcie mu kąpiel w marynacie, dodając aromatyczne przyprawy. Pamiętajcie, że to Wy rządzicie w kuchni i decydujecie jaki smak wyląduje na stole. Nie dajcie się zwieść bredniom, które wygłaszają heretycy i przeciwnicy soi. Bardzo często słyszałem, że mężczyźni nie mogą jeść sojowych produktów, bo ich męskość zostaje zabijana. No nie wiem, jakoś cycki mi nie urosły ;) Jeśli ktoś będzie swoją dietę opierał tylko na tofu, nie wykluczam, że odbije się to na jego zdrowiu, ale używanie z umiarem może zaprowadzić go na wyżyny dobrego smaku. Koniec z tym wymądrzaniem i słowotokiem, przechodzę do tego co sprawiło, że odpłynąłem w piątkowym, słodkim melanżu. 

piątek, 19 sierpnia 2016

ZUPA CZOSNKOWA Z PAPRYKĄ I CIECIERZYCĄ

Doskonale pamiętam moment kiedy zacząłem raczkować w kuchni wegańskiej i usilnie starałem się zainteresować czytelników bloga, wprowadzając odkryte przeze mnie produkty. Żyjąc w przekonaniu, że im dziwniejszy składnik, tym bardziej wegańskie będzie danie, sięgałem po coraz ciekawsze składniki, które wtedy brzmiały dla mnie jak imiona nieodkrytych pokemonów. Ksylitol, stevia, aquafaba, karob, agar, czy też mąka z ciecierzycy sprawiały, że każdego dnia wzbogacałem swój słownik i nie wiedzieć dlaczego, czułem się coraz bardziej pro. Stosowałem setki kombinacji, serwując  coraz bardziej wymyślne potrawy, poznając nowe smaki i zastosowanie magicznych tricków, które niegdyś były dla mnie czymś zupełnie obcym. Niejednokrotnie w szaleńczym zrywie, serwowałem danie, w którego skład wchodziła cała plejada dziwnie brzmiących przypraw i było to smaczne. Bez tych eksperymentów, nie posiadłbym tej wiedzy, którą mam teraz. Nie wiedziałbym jak zastąpić jajko, czy też usztywnić płyn bez użycia żelatyny. Zabrzmi to trochę jako emocjonalna samojebka, ale tak jest...jestem nieco mądrzejszy, bogatszy,spełniony. Nie zawsze jednak sięgam po eksperymentalne składniki i zamaszystym ukłonem oddaje hołd warzywom, które znam z dzieciństwa. Tyle wokół nas jest bogatych składników, że nie ma najmniejszej potrzeby przemierzać całego miasta w poszukiwaniu jednego eko cudaka. Wystarczy jeden mały stragan, lokalny bazarek, gdzie można nabyć od Pani Jadzi, kolorowy wachlarz tryskający witaminami. Wczoraj pokłoniłem się przed Czosnkiem, którego niezmiennie od lat darzę niesłabnącą sympatią.